

Chciało mi się czegoś innego, a dostałam cukinię. W lodówce leżało mięsko mielone. Więc
starłam cukinię na grubej tarce, posoliłam, poczekałam chwilę aż się zsika i
odcisnęłam. Dodałam do niej mięsko i starłam dodatkowo cebulkę (jak zwykle do
mielonych) i marchewkę (dla kolorku). Wbiłam jajo, zagęściłam bułką tartą.
Wybełtałam, doprawiłam, uformowałam kotleciki i usmażyłam panierując w bułce
tartej. Fajne wyszło. Niby mielone, ale z fajnym posmaczkiem i lżejsze takie.
Proporcje jak się komu podoba, wedle gustu. Podałam z ziemniaczkami i ogórkami małosolnymi (no już prawie się ukisiły) startymi na grubej tarce.
SMACZNEGO !
Czas na wakacyjny wpis. Chociaż wakacje jako takie, rozumiane jako czas laby, nie istnieją już chyba dla osób nieuczących się. Chyba bardziej poprawnie byłoby mówić o urlopie.
No więc urlopowy wpis… Co też jest głupie w moim wypadku biorąc pod uwagę, że od urodzenia Szymka jestem na jakimś urlopie - macierzyńskim/wychowawczym.
No to po prostu kolejny wpis…
Letnie wojaże miałam w planach i marzeniach od kilku… lat. Ale zawsze coś wypadało, coś było ważniejsze, nie było kasy, nie było czasu, był remont, później ciąża, później Szymek za mały i tak jakoś od lat siedmiu kończyło się na jednodniowych wyjazdach nad jezioro, żeby pomoczyć cztery litery w wodzie.
Ileż to ja lat wybieram się na Bieszczadzkie Anioły? Już nawet nie liczę. Co roku obiecuję sobie i innym, że będę. Co roku im bliżej sierpnia tym moje plany topnieją, jak bałwanek na słońcu. Już nawet nie chce mi się marzyć o tym ani planować. Tylko, żal nieco dupsko ściska jak patrzę na zdjęcia uśmiechniętych ludzisków z Bieszczadem w tle… Ech…
W tym roku, ze względu na dziecia hasłem przewodnim wyprawy było morze. Bo jakoś nie widziałam nas na górskich wyprawach, z Szymkiem co prawda chodzącym, ale co chwilę wyciągającym rączki w stronę któregoś z nas i żądaniem w oczach „Ja chcę na ręce!”. No więc morze. Jak zwykle organizacja była żadna. Piotrek nie potrafił sprecyzować kiedy może wziąć urlop, ja nie mogłam z tego powodu pytać o konkretne terminy w pensjonatach. Wszystko wisiało na włosku i byłam pewna, że runie z hukiem. Poddałam się już z załatwianiem wyjazdu. Obdzwoniłam ½ Władysławowa, ¾ Karwi, nie było miejsc, nie było terminów (jakaś bzdura kosmiczna, bo jak przyjechaliśmy to wszędzie niemal siłą łapali chętnych). Jak już postawiłam krzyżyk na wyjeździe, to zgadałam się z koleżanką. Okazało się, że dopiero wróciła z Jastrzębiej Góry, że fajnie, miło, rodzinnie, wesoło, żebym dzwoniła i zamawiała. No to zadzwoniłam i zamówiłam. W ciągu godziny było ustalone wszystko. Dzięki Aniu!
Wyjazd w rocznicę ślubu. Taki prezencik to miał być. Po drodze jakieś kosmiczne korki. W jednym z nich nasz cytryn zaczął wydawać jakieś piszcząco-skrzypiące dźwięki. No więc noga z gazu i się turlaliśmy bez szaleństw. Zabłądziliśmy ze dwa razy w Gdyni, przebiliśmy się przez milion korków i się zameldowaliśmy w naszym „Ori”. Spokojnie mogę polecić ten pensjonat. Czysto, schludnie, miło i rodzinnie, właściciele przemili i uczynni. Pokój niewielki, ale spokojnie da się w nim wygodnie pomieszkać przez tydzień czy dwa.
Pierwszego wieczoru odwiedzili nas Maciek z Iloną. Wypad na miasto, które okazało się nieco zatłoczonym miejscem. No ale czego wymagać od nadmorskiej miejscowości w pełni sezonu. Nas oczywiście gnało na plażę. I tu pierwszy problem. Główne zejście na plażę w Jastrzębiej Górze okazało się być długą, nieco stromą ślizgawką zbudowaną z betonowych płyt, obsypanych piaskiem. Zjazd wózkiem po tym czymś nie zaliczał się do najłatwiejszych zadań. No ale daliśmy radę. Wjazd był nieco bezpieczniejszy, ale za to zadyszka na samej górze gwarantowana (przynajmniej u mnie). Ale poza było fajnie i miło.
Dzień drugi. Wypad na plażę, tym razem krótszą trasą i innym zejściem. Schody – to brzmi dumnie! Nie jestem w stanie pojąć, co się dzieje w tym kraju. Przecież takie nadmorskie gminy w ciągu jednego sezonu zarabiają naprawdę kupę szmalu. A myślę, że zarobiły by jeszcze więcej, jakby zadbały o minimalny komfort wczasowiczów poza pensjonatami. Zejście numer dwa było koszmarne. Byliśmy z wózkiem. Na początku nie zapowiadało się źle. Schodki strome, wąskie, ale były. Później coraz gorzej. Co drugi schodek wyłamany, wygryziony w znacznej części, zepsuty, niestabilny, no masakra. Wchodziłam z powrotem też z duszą na ramieniu ciągnąc za sobą wózek. Następnego dnia wybraliśmy się na Rozewie, bo pogoda była średnia. Nie odważyłam się na zejście z wózkiem na plażę, co okazało się słuszną decyzją. Później byłam tam z Maćkiem na zdjęciach i modliłam się by nie stoczyć się z połowy klifu. Tym razem rolę schodów często grały korzenie i kamienie. Ale plaża piękna. Fotogeniczna. Kamienie i piasek. Falochron nieco psuje urok, no ale coś za coś. Chce się mieć klify to mus mieć falochron. Warto było ryzykować kark dla tych kadrów, które tam zrobiłam.
Drugiego dnia zostaliśmy zaproszeni do Maćka do domu na obiad. Zresztą, to arcydzieło, które wyszło spod rąk Maćka mamy nie może być nazywane tylko obiadem. Kaczuszka pieczona… dla Szymka kotleciki z kurczaczka rozpływające się w ustach… surówki przepyszne… zupa-krem ogórkowa… brzoskwinie z żurawiną… na deser sernik, ale jaki to był sernik… Każdy facet mając tak gotującą kobietę w domu powinien sypać jej płatki róż pod stopy (a później je sprzątać rzecz jasna). Ja bym sypała. Nawet jako niefacet. Inna sprawa, że pewnie trzeba by było poszerzyć drzwi, żebym przez nie przeszła. Bardzo fajnie i sympatycznie spędziliśmy popołudnie. Szkoda tylko, że spóźniliśmy się godzinę przez cholerne korki. Ale chyba zostało nam to wybaczone. Szymek starał się jak mógł zawojować serce nowej Cioci i nie schodził niemal z kolan mamy Maćkowej. Mam nadzieję, że kiedyś powtórzymy takie spotkanie.
Karwia. Wymarzone miejsce dla takich rodzinek jak nasza. Plaża płaska, piaseczek czysty. Stosunkowo blisko od naszego pensjonatu, bo jakieś 5 km, więc samochodem to 10 min jazdy, wliczając korki. Fajna i na spacer, krótkie babranie się w piachu, jak i na długie plażowanie i budowanie zamków. Dwa dni spędziliśmy na takim właśnie plażowaniu. Szymek w euforii, bo piaseczek, a jako, że falująco-szumiące morze nie wzbudziło zaufania dziecia naszego, to zaopatrzyliśmy się w dmuchany basenik wielkości sporej miednicy i w nim się moczył godzinami. Rzecz jasna podrywał laski i poznawał nowych kumpli. Jedna taka Wiktoria na przykład, dla królewicza Szymonka przez pół godziny biegała do morza po wodę z wiaderkiem, a wielmożne nasze dziecię pełne radości wylewało ową wodę i wręczało nowej koleżance wiaderko z wyraźną chęcią na ciąg dalszy. Więc dziewczę biegło znów po upragniony płyn Szymonka. Dziewczę było nieco za stare dla naszego dziecia, bo miało już ze 3 lata, więc nie zaangażował się zbytnio w tą znajomość.
Zwiedzanie… Nie było zwiedzania. Nie byliśmy pewnie co dolega cytrynowi, więc nie chcieliśmy go forsować. Tak więc nie pojechałam do mojej upragnionej IKEI, nie zwiedziłam Gdyni, Gdańska, Sopotu… nie będę wymieniać, bo szlag ciężki mnie trafi, jako że planów miałam kupę, a wyszła z tego dupa blada…
Ciut zwiedzanie nadrobiłam plenerami z Maćkiem. Najpierw wcześniej wymienione focenie w Rozewiu. Ale to krótko i raczej traktowałam to jako zapoznanie się fotograficzne z morzem. Drugi plenerek w Rzucewie. Mniej szczęśliwy. Wlazłam na taki wielki głaz z aparatem i teleobiektywem, żeby zrobić zdjęcia żurawiom, które moczyły sobie nogi kawałek od nas. Szeroki kąt oddałam chwilowo Maćkowi do potrzymania. Ale nie radziłam sobie z ostrością. Obiektyw swoje ważył i ciężko było go stabilnie utrzymać. Więc Maciek wlazł na kamyk obok, żeby ustawić mi VR (redukcję drgań) i w tym momencie usłyszeliśmy plusk. Jak w zwolnionym tempie widziałam, jak szeroki kąt spada do wody, nurkuje do dna, a ręka Maćka, niczym łapa niedźwiedzia polującego na łososie, zanurza się i precyzyjnie chwyta obiektyw wyciągając go na powierzchnię. Wszystko trwało może 2 sekundy. Ale mimo sprawnej akcji ratunkowej i refleksu Maćka, obiektyw nabrał wody i piasku. Tu pragnę wyrazić szczery podziw dla opanowania Nemetha. Nie rzucił ani razu mięsem ani inną kurwą. Z powagą na twarzy (no ciężko wszakże wymagać euforycznej radości) starał się wytrząść z tokinki biednej jak najwięcej wody. A później powiedział, że najbardziej żałował, bo nie miałam okazji porobić sobie nim zdjęć. Ech… Aż mam moralniaka… I chyba dlatego, że Maćkowi tak bardzo zależało na tym by pokazać mi jak najwięcej ze swoich miejsc plenerowaliśmy dalej. Zobaczyłam jeszcze zameczek w Rzucewie. Takie wielkie wentylatory co robią wiatr nad morzem też fociłam, ale to jeszcze przed Rzucewem. Później panorama Pucka przy zachodzącym słońcu. A na drugi dzień na plenerek do Pucka wybraliśmy się wszyscy. Piotrek bawił się w wózkowego kierowcę, a ja wykorzystywałam z czas na fotografię. Może to nie był szczyt marzeń o zwiedzaniu Pomorza, ale co się odwlecze… Nadrobimy następnym razem…
Kolejna sprawa. Odkryłam, nie po raz pierwszy zresztą, że komuna ciągle siedzi w ludziach. Zaciszna pizzeria w Karwi, miły ogródek, zabawki dla dzieci, huśtawki i inne bajery. Wchodzimy do środka, Całkiem miła z wyglądu (o pozory!) pani za kontuarem. Przeglądam menu. Pytam o gabaryty pizzy familijnej największej i czy dwie osoby tym się najedzą. Na to pani całkiem głośno warknęła (dosłownie warknęła) „Jak ktoś lubi pizze to i całą się nie naje”. Hmm… nieco mnie wmurowało, ale licząc, że to pojedynczy incydent brnę dalej. Pytam czy mają coś dla takich małych dzieci i tu pokazałam Szymonka. „Zupę mogę pani dać” zerknęłam na menu, zup nie znalazłam, więc pytam w jakiej cenie i jaka. Na to pani się na mnie wydarła „Dać mówię! Jakbym chciała żeby mi płacili to bym nie mówiła dać!”. Nieprzyzwyczajona ani do tego, że ktoś w tym kraju coś daje, ani do tego że ktoś za nic jeździ po mnie jak po burej suce skuliłam się w sobie i poszłam do stolika czekać na zamówioną pizzę. Jakieś zaćmienie umysłu mnie dopadło, że nie wyszłam stamtąd od razu. No nic. Owej pizzerii nie polecę nikomu.
To chyba tyle z wyjazdu. W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze do warsztatu, który robi belki tylne, bo jak się okazało to to się wykrzaczyło w cytrynie. Też jakaś paranoja. Do warsztatu pod Bydgoszczą zjeżdżają ludzie z całego kraju, bo robią to tam bardzo dobrze (chyba dlatego, że robią wyłącznie to) i za niewielką stosunkowo kasę, bo 660 zł z robocizną, a w innych punktach poniżej 1200 zł nie schodzą.
Muszę się pochwalić syniem moim, który podróż w obie strony zniósł naprawdę dzielnie. Prawdziwy podróżnik z niego. Pod koniec nie chciał już spać w foteliku, ale szczerze mówiąc wcale mu się nie dziwię, bo mnie bolało już wszystko, mimo ze dowolnie zmieniałam pozycje, a on biedny ciągle przypięty. Za to jak dojechaliśmy do domu o 1 w nocy i jak się obudził, zobaczył koteczka i babcię to z radości nie spał do 3 nad ranem, za to ja spałam na stojąco. Ale jak usnął, to spaliśmy sobie do 10 rano. I tak się skończyły nasze pierwsze wojaże we trójkę…
P.S. Dzięki wszystkim, którym chciało się przeczytać te wypociny. Więcej zdjęć pojawi się wkrótce na moich blogach zdjęciowych. Zapraszam.




No i stało się! Dzień, któremu zaprzeczał mój małżonek od miesięcy nadszedł. Urodziny. I to nie byle jakie! Czterdziestka jak ta lala. Faceci to jednak dziwne stworzenia, zawsze się mówiło, że to kobiety bronią się przed upływem lat, przed przyznawaniem się do wieku. A tu okazuje się, że panowie zaprzeczają rzeczywistości nie mniej gorliwie. Miesiąc temu powiedzieć mojemu mężowi, że ma 40 lat, to obraza wielka. Nie umiem liczyć! Lata przestępne się nie wliczają! Do urodzin jest jeszcze tyyyyle czasu!
Kiedyś wypatrzył jakieś siwe włosy. Matko i córko! Dwa dni miałam słuchania, że on siwy, że stary, że już w ogóle się sypie. To nic że nie było ich widać, ale były i on je widział. Dla jaj powiedziałam Dominice o tej sytuacji. Dominika również dla jaj podeszła do Piotrka z tekstem niewinnym „Hmmm… posiwiałeś chyba ostatnio?!?” Po raz pierwszy w życiu żałowałam, że nie mam pod ręką kamery. Za minę jaką zrobił powinien dostać Oskara w kategorii „najlepiej zagrane oburzenie”.
Dla pocieszenia Mężu drogi powiem Ci, że wczoraj na imprezce powiedziałam Ani, że to Twoja czterdziestka to wytrzeszczyła oczy w zdziwieniu i powiedziała, że ściemniam, bo nie wyglądasz. Nie ona jedna tak uważa, więc głowa do góry.
No to dziś się dokonało, tak więc w ten piękny, pierwszy gorący dzień tego lata, życzę Ci wszystkiego najlepszego Mężu Ty mój!




Dzień dziecka. Oczywiście kupno prezentów
odłożyliśmy na ostatnią chwilę. Na szczęście Szymek jeszcze nie kuma dat, bo
byłby problem. Wyprawa do hipermarketu i porażka. Wymyśliliśmy sobie konika na
biegunach, bo dzieć u kuzynów ostatnio nie schodził z takowego. Nie było... OK.
Więc coś innego... Wielkie promocje, obniżki, dzikie tłumy dzikich rodziców z
dzikimi dziećmi. Strach się bać. Nieśmiało oglądaliśmy zabawki, w wielkich
"promocjach" zresztą. Przed świętami Bożego Narodzenia promocje były rzeczywiście
obniżkami cen. Wczoraj masakra. Wszystkie promocje polegały na dopisaniu
wyższej ceny i skreśleniu jej. Jeszcze starałam się uwierzyć, że może choć ciut
tańsze niż było. Ale nie... Ceny kilku zabawek znaliśmy, bo sami kupowaliśmy
bez "promocji" i na pewno nie były wyższe od promocyjnych. Tak więc
ciągle w naszym pięknym kraju liczy się na naiwnych, co nabierają się na ściemę
w postali wielkiego napisu "-30%".My kupiliśmy wczoraj książeczkę i
postanowiliśmy poszukać jednak konika na biegunach. Bez promocji...
Dziś natomiast jest Bierzmowanie mojego brata. Wszystko cacy, poza tym, że
Michał był chrzczony w naszej starej parafii. Pierwszą Komunię brał już w nowej. No, ale
żeby przyjąć Bierzmowanie w nowej parafii musi przynieść świadectwo Chrztu.
Lekko zdziwiłyśmy się z mamą, bo wszak żeby mógł przystąpić do I Komunii musiał
to świadectwo Chrztu do nowej parafii już dostarczać. No, ale skoro trzeba to
trzeba. Pojechała mama wczoraj do starej parafii i pyta naiwnie księdza, jak to
tak? Przecież juz dostarczała do tamtej, przecież Chrzest jest na całe życie
ważny. Na to ksiądz rzekł, że a i owszem, Chrzest tak, ale świadectwo Chrztu
jest ważne trzy miesiące, a wypisanie tegoż kosztuje co łaska 30 złotych...

Chyba jestem za głupia, żeby pojąć wszystko to co się dzieje w tym kraju. I
chyba dobrze, że jestem za głupia, bo jakbym była mądrzejsza to pewnie i tak
bym zgłupiała, a tam mam to z głowy...
Dawno nosiłam się z zamiarem odświeżenia tego adresu. Dziś w końcu się
zebrałam. Z pomocą Pooli powstał nowy dizajn. Stare notki wylądowały w głębokiej
szufladzie, a ja się witam po raz kolejny, z tymi którzy ten adres już znali i
z tymi, którzy pierwszy raz go widzą. Po co mi trzeci blog? Bo brakuje mi
miejsca gdzie mogłabym przelać myśli w słowo pisane. Groszek jest Szymonkowy,
mój zdjęciowy blog istnieje tylko do czasu powstania porządnego www. A tu chcę
mieć taką zbieraninę… Jak to wyjdzie – zobaczymy…
Moje inne strony:
Groszek - blog o mym dzieciuOglądam Czytam Polecam:
Świat wg NemethaKulinarne inspiracje:
Sto kolorów kuchniLubiani nieznajomi:
Michel Rajkovic